Uaktualnij Flash Playera
Uaktualnij Flash Playera
 
 
Uaktualnij Flash Playera
 

Pierwsze kroki radiowego dźwiękowca

Stało się ze mną coś dziwnego. Nie mogę normalnie słuchać radia i oglądać telewizji. Zamiast skupić się na treści, słyszę tylko przesterowane sygnały, uporczywie wyłapuję opóźnienia, a oglądając programy publicystyczne, szukam mimochodem, gdzie występujący w telewizji mają przypięte porty. Jak do tego doszło?

Był marzec 2007 r., Wielki Post, okres rekolekcji. Z parafii pod wezwaniem św. Stanisława Kostki Radio Maryja miało transmitować rekolekcje dla młodzieży. Z przyczyn losowych zabrakło jednego dźwiękowca. Był tylko niezawodny pan Waldek - wieloletni pracownik Radia i wspaniały fachowiec. Stwierdził jednak, że sam nie podoła i potrzebuje pomocnika, przynajmniej do "zrobienia kawy i popilnowania samochodu". Wpadł na pomysł, że trzeba myśleć perspektywicznie i wyszkolić do tej pracy posiadającego dobry słuch studenta. Padło na mnie.

To dopiero początek
Pan Waldek tak wspomina pierwszy nasz wspólny wyjazd na trzydniową transmisję: "Pierwszego dnia było mi obojętne, czy jesteś, czy cię nie ma. Drugiego denerwowało mnie, że uczysz się zbyt wolno. Dopiero ostatniego dnia mniej więcej załapałeś, o co chodzi". Praca dźwiękowca jest niezwykle skomplikowana i wymaga wielu umiejętności z różnych dziedzin, dlatego z początku myślałem, że nie podołam i mój debiut będzie zarazem ostatnią transmisją w karierze. Na moje szczęście - stało się inaczej.
Rekolekcje dla rolników w Lipsku koło Zamościa i Zabawie koło Tarnowa, ingres ks. abp. Kazimierza Nycza w Warszawie, rocznica śmierci św. Wojciecha w Gnieźnie, wizyta kardynała Tarcisio Bertone w Świdnicy czy poniedziałkowe spotkania Rodziny Radia Maryja w Poznaniu, Toruniu, Skarżysku Kamiennej, Suchedniowie, Odrzywole, Rywałdzie Królewskim, Sosnowcu, Krakowie, Pogrzebieniu - w sumie od marca to już ponad 40 transmisji, a to dopiero początek.

Zabezpieczyć każde miejsce
Realizacja dźwięku jest złożona. Po pierwsze, trzeba być przewidującym i zabezpieczyć mikrofonem każde miejsce, które może "wydać dźwięk". Oczywiście, do tego potrzebne są kilometry kabli, a skoro transmitujemy z kościoła, to oczywiste jest, że będą tam wierni i trzeba tak ułożyć przewody, aby nikomu nie stała się krzywda, no i żeby ktoś przypadkowym, nieostrożnym krokiem nie zerwał łączności i nie zakończył transmisji przedwcześnie. Do tego trzeba dodać, że każdy, nawet najlepszy sprzęt audio niesie ze sobą mniejsze lub większe ograniczenia. Dużo? Nie, nie, to dopiero początek... jeszcze nie jesteśmy na antenie. Kiedy już będziemy, trzeba będzie pilnować poziomów, korygować barwę, a niejednokrotnie również z przyczyn technicznych spełniać kolejną powinność i transmitowane wydarzenie nagłośnić lokalnie. A oprócz tego mieć oczy dookoła głowy i pilnować, żeby przez przypadek nikt bezmyślnie nie wyszedł z niepodłączonym kościelnym mikrofonem bezprzewodowym albo - co gorsza - nie zaczął mówić bez mikrofonu.

Niekonwencjonalne obowiązki
Ale to nie wszystko - zdarzają się i tak niekonwencjonalne obowiązki, jak wspinanie się na drzewo, przekradanie się z latarką przez ciemne pomieszczenia budynku w stanie surowym, ostra wymiana zdań z dyrygentem chóru, naprawa wzmacniacza grafitem z ołówka, szaleńczy bieg do miejsca realizacji, byle tylko transmisja rozpoczęła się na czas, pozowanie jako statyw do odbiornika mikrofonów bezprzewodowych albo dramatyczne wciąganie na chór szpulki tuż nad głowami wchodzącej asysty.
Koledzy z Telewizji Trwam, wprowadzając mnie w arkana pracy technika, powiedzieli kiedyś: "Nam chodzi o to, aby było dobrze. Obojętnie, jak to zrobisz. My po to żyjemy. Ty też musisz za to 'oddać życie'". Kiedy w trakcie pracy te słowa przychodzą mi na myśl, wiem, że nie ma rzeczy niemożliwych i ze wszystkim można sobie poradzić.

Michał Wilgocki,
student II roku WSKSiM

"Nasz Dziennik" Czwartek, 15 maja 2008, Nr 113 (3130)

 

   

 
© WSKSiM 2002-2007